niedziela, 2 sierpnia 2015

Epistoła do K

Był piątek wieczorem, stałem sam mokry w deszczu Na osiedlu, tu gdzie sens swój zdeptujesz podeszwą. Miałem browar w ręku, piłem za smutek tego miasta. Tylko Parkwej mógł to zrozumieć, gdy umierał mi w słuchawkach. Wolałem się wtedy nachlać i wolałem nie być pewny, Że świat mój zbudowany jest na kruchych fundamentach. Jednak wróciłem na deptak, pachniał jak konwalie. Obiecałem sobie wtedy, że napiszę ten kawałek. Więc piszę i myślę, że to i tak jest bezsensu, Że w końcu będzie wstyd mi za prawdę ulaną ze słów. Za koszmar moich wersów i za cały ten syf. Za track, który siedzi we mnie od miesięcy. A pamiętasz dwutysięczny to był chyba trzynasty Wyszedłem wtedy z chaty szukając jakiejkolwiek odskoczni. W uszach leciał mi Parkwej jakby nocny nauczyciel Kochana Polsko, dziś analizuję własne życie. I zawdzięczam ci nienawiść bez miłość i trochę buntu. Plus osuwające się nadzieje z nietrwałego gruntu. I złość, i smutku multum, i ufność rzuconą w błoto. Epistoła do K. Dziś oskarżam cię o to. Pamiętam spotkanie w parku, setki słów, wyjaśnień, wyprostowań Chyba nie było już szans, byśmy mogli się pojednać. Czułem, że jest mi potrzebna przerwa na jakiś czas. Stało się. Dwa psychiatryki w ciągu dwóch lat. Wiesz, nie było mi cie żal i nie było mi przykro, A najgorsze, kurwa mać, to świadomość, że powinno. I choć to nie było moją winą to miałem kompleksy, Mogłem ci jakoś pomóc zamiast topić się w agresji. Przecież bywały momenty, że też pytałaś, co ze mną. Mówiłem, że zabije się i że mi wszystko jedno. Wiem, że to nie było fair, bo też nie byłaś gotów Na moje wieczne pretensje i nową dawkę kłopotów. Nie szukałam antidotum, bo co ja mogłem zrobić? Miałem udawać, że spoko jest, nim wszystko się spierdoli? Tak mi przykro, sorry… może to przychodzi z wiekiem. Mimo wszystko, dziś jesteś dla mnie obcym człowiekiem. Mija parę lat, dzisiaj już nie rozmawiamy. Boli mnie twoja obecność i ten chory wyraz twarzy. Całe życie uczyły mnie kontrasty i twe błędy. I jedyne co mnie trzyma tu to tylko sentymenty. Ale zaraz, one też już umarły. 
Wygasły na zawsze.
Wszystko da sie czymś innym zastąpić, teraz to wiem.. A mój świat pachnie agrestem i bzem Mija parę lat, przez łzy nie widać świata. Arsenał moich uczuć pyta o twoje ‘przepraszam’. Ja nie wybaczam ci.Między nami nie ma nic, nawet człowieczeństwa. Świat stał na krawędziach a ja byłem gdzieś poza, Gdy wytykałaś mi pomyłki i setki zachowań. Mogłbym zbastować, mogłbym o tym nie pisać. Ale powiedz, kurwa, czy ty lepiej zachować się nie mogłaś? Gdy z przymusu dźwigam byt mój poległy na bruku, Po to by dać na arkuszu takie wersy, człowieku, Które zabezpieczą prawdę na wieki wieków. A pamiętasz w we wrześniu, te nieudane pojednania? Życzyłaś mi śmierci, a to nadzieja umarła pierwsza. Byłaś wściekła, nienawidzić było ławiej. To nie kłamstwo, niestety, to autentyzm doświadczeń. Wciąż czuję to wyraźnie – symbolikę myśli. Wyglądam na socjopatę i lubię czytać klepsydry. Powinnaś czuć się winna a olejesz to w pizdu. Wielka szkoda, że nigdy nie przeczytasz tego listu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz