Był piątek wieczorem, stałem sam mokry w deszczu
Na osiedlu, tu gdzie sens swój zdeptujesz podeszwą.
Miałem browar w ręku, piłem za smutek tego miasta.
Tylko Parkwej mógł to zrozumieć, gdy umierał mi w słuchawkach.
Wolałem się wtedy nachlać i wolałem nie być pewny,
Że świat mój zbudowany jest na kruchych fundamentach.
Jednak wróciłem na deptak, pachniał jak konwalie.
Obiecałem sobie wtedy, że napiszę ten kawałek.
Więc piszę i myślę, że to i tak jest bezsensu,
Że w końcu będzie wstyd mi za prawdę ulaną ze słów.
Za koszmar moich wersów i za cały ten syf.
Za track, który siedzi we mnie od miesięcy.
A pamiętasz dwutysięczny to był chyba trzynasty
Wyszedłem wtedy z chaty szukając jakiejkolwiek odskoczni.
W uszach leciał mi Parkwej jakby nocny nauczyciel
Kochana Polsko, dziś analizuję własne życie.
I zawdzięczam ci nienawiść bez miłość i trochę buntu.
Plus osuwające się nadzieje z nietrwałego gruntu.
I złość, i smutku multum, i ufność rzuconą w błoto.
Epistoła do K. Dziś oskarżam cię o to.
Pamiętam spotkanie w parku, setki słów, wyjaśnień, wyprostowań
Chyba nie było już szans, byśmy mogli się pojednać.
Czułem, że jest mi potrzebna przerwa na jakiś czas.
Stało się. Dwa psychiatryki w ciągu dwóch lat.
Wiesz, nie było mi cie żal i nie było mi przykro,
A najgorsze, kurwa mać, to świadomość, że powinno.
I choć to nie było moją winą to miałem kompleksy,
Mogłem ci jakoś pomóc zamiast topić się w agresji.
Przecież bywały momenty, że też pytałaś, co ze mną.
Mówiłem, że zabije się i że mi wszystko jedno.
Wiem, że to nie było fair, bo też nie byłaś gotów
Na moje wieczne pretensje i nową dawkę kłopotów.
Nie szukałam antidotum, bo co ja mogłem zrobić?
Miałem udawać, że spoko jest, nim wszystko się spierdoli?
Tak mi przykro, sorry… może to przychodzi z wiekiem.
Mimo wszystko, dziś jesteś dla mnie obcym człowiekiem.
Mija parę lat, dzisiaj już nie rozmawiamy.
Boli mnie twoja obecność i ten chory wyraz twarzy.
Całe życie uczyły mnie kontrasty i twe błędy.
I jedyne co mnie trzyma tu to tylko sentymenty.
Ale zaraz, one też już umarły.
Wygasły na zawsze.
Wszystko da sie czymś innym zastąpić, teraz to wiem..
A mój świat pachnie agrestem i bzem
Mija parę lat, przez łzy nie widać świata.
Arsenał moich uczuć pyta o twoje ‘przepraszam’.
Ja nie wybaczam ci.Między nami nie ma nic, nawet człowieczeństwa.
Świat stał na krawędziach a ja byłem gdzieś poza,
Gdy wytykałaś mi pomyłki i setki zachowań.
Mogłbym zbastować, mogłbym o tym nie pisać.
Ale powiedz, kurwa, czy ty lepiej zachować się nie mogłaś?
Gdy z przymusu dźwigam byt mój poległy na bruku,
Po to by dać na arkuszu takie wersy, człowieku,
Które zabezpieczą prawdę na wieki wieków.
A pamiętasz w we wrześniu, te nieudane pojednania?
Życzyłaś mi śmierci, a to nadzieja umarła pierwsza.
Byłaś wściekła, nienawidzić było ławiej.
To nie kłamstwo, niestety, to autentyzm doświadczeń.
Wciąż czuję to wyraźnie – symbolikę myśli.
Wyglądam na socjopatę i lubię czytać klepsydry.
Powinnaś czuć się winna a olejesz to w pizdu.
Wielka szkoda, że nigdy nie przeczytasz tego listu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz